„City of stars, are you shining just for me?”, czyli zacznijmy rozmowę o Oscarach.

28.01.2017

Sesja, sesja i po sesji. Skończyła się ona dla mnie tak naprawdę zanim się na dobre zaczęła. Magia zaliczeń oraz przesunięcia pare terminów na styczeń. A mówili, że studia są takie straszne. No nic, poczekam do czerwca… ;)

Tak czy inaczej, udało mi się zaliczyć wszystko w pierwszym terminie i dzięki temu mam, uwaga, calutki miesiąc wolny! Jako, że szczególnie przez ostatnie tygodnie, moja dusza kinomana wyjątkowo cierpiała z powodu braku czasu na oglądanie filmów, postanowiłam podjąć w lutym wyzwanie, bardzo przyjemne wyzwanie. Wiem, że dla niektórych może nie być to nic nadzwyczajnego, ale ja nie mogę się już doczekać. Przez najbliższy miesiąc zamierzam obejrzeć wszystkie filmy nominowane do Oscarów, a przynajmniej te z najważniejszych kategorii. Jeśli nie zdążę zobaczyć jednego filmu z kategorii krótkometrażowego dokumentu, to myślę, że nic się nie stanie. Nie umniejszając oczywiście tej kategorii.

Będę starała na bieżąco dzielić się swoimi wrażeniami na temat obejrzanych filmów. No i oczywiście postaram się wytypować moich zwycięzców, otwierając Wam tym samym drogę do dalszej dyskusji. Zapraszam przenieść się ze mną w czasie do…

02.02.2017

Kra Kra Kraj

Nie martwcie się, tak tylko żartuję z tym tytułem. Rozbawił mnie jeden komentarz w internecie, jak mogłoby wyglądać polskie tłumaczenie tytułu. Ale do rzeczy.

Chodzi oczywiście o film „La La Land”. Trzeba przyznać, że miało się co do niego bardzo wysokie oczekiwania. Zdobywając 14 nominacji do Oscara przeszedł do historii stając na podium obok filmów Wszystko o Ewie oraz Titanic. To musi coś znaczyć, prawda?


Copyright: Monolith Films

Idąc do kina, usiadłam w sali wypełnionej po brzegi. Film szybko się zaczął, a wraz z nim zaczęła się magia. Mam wrażenie, że widzowie tego filmu podzielili się na dwie grupy. Jedni nie rozumieją o co takie wielkie halo, drudzy są w nim zakochani po uszy. Muszę się Wam przyznać, że ja należę do tej drugiej grupy. Film od pierwszych minut porywa swoim klimatem, który sprawia, że po paru scenach zastanawiasz się w jakich czasach tak naprawdę odgrywa się akcja filmu. Gubisz się w muzyce, grze światłem (nie wiem, jak wy, ale ja mam ochotę wymienić wszystkie moje żarówki na te które zamienią mój pokój w fioletowo-różowy świat Mii i Seba), pełnych uroku spojrzeniach oraz gracji jaka towarzyszy każdej postaci.


Copyright: Monolith Films

„La La Land” mogę opisać w następujący sposób. Wyobraź sobie, że ktoś połączył wszystkie smaczki kultowych musicali i zmieszał je z dzisiejszym światem, nie gubiąc przy tym tego co najbardziej kochamy. Historia pozornie prosta przedstawiona w jak najbardziej magiczny sposób. Otoczona niesamowitą muzyką, układami tanecznymi, które są nierozłączne z życiem bohaterów. Wszystko odbywa się w subtelny sposób, nic nie jest nam narzucane. Dużo zostaje wręcz niedopowiedziane i w tym też jest piękno tej produkcji.


Copyright: Monolith Films

Spójrzmy na pierwszy wspólny taniec głównych bohaterów z widokiem na Los Angeles. Tańczą razem, ale jakby osobno. Mia i Sebastian dopiero powoli zakochują się w sobie. Ta scena pokazuje jak stopniowo, nienachalnie zbliżają się do siebie i chcą być bliżej i jeszcze bliżej. Skutkiem ich rosnącego uczucia jest bliskość, którą osiągają w pięknej scenie w planetarium. Niektórym może wydawać się, że jest to denny chwyt, widziany już wiele razy. Można powiedzieć, że cienka jest linia między ckliwością, a urokliwością. Uważam jednak, że „La La Land” idealnie balansuje na krawędzi i nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku oraz wyżej wspomnianej kiczowatości.


Copyright: Monolith Films

Chociaż bohaterowie mają dusze stuprocentowo romantyczne, film nie jest naiwną historyjką o miłości. Mia i Sebastian są w sobie całkowicie zakochani, pociągają siebie nawzajem dzięki swojej pasji i oddaniu do tego co kochają. Film daje pewną nadzieję, że może świat nie jest taki zły i istnieje w nim jeszcze ktoś, kto nie zgadza się na zwyczajność i powszechność. A my jako ludzie wciąż takiego zapewnienia potrzebujemy. Ale nie oszukujmy się, nasi bohaterowie są też osobami twardo stąpającymi po ziemi, które mają odwagę podejmować nie zawsze łatwe decyzje, aby spełnić swoje największe marzenia. Aby zacząć żyć.


Copyright: Monolith Films

Nie możemy zapomnieć o człowieku, który komponował piosenki do filmu. Justin Hurwitz to człowiek odpowiedzialny za muzykę w La La Land. Pierwszy raz spotkałam się z jego pracą w filmie Whiplash (2014) (przy którym współpracował z reżyserem Damienem Chazellem, odpowiedzialnym także za dzisiaj recenzowany film). Ośmielę się powiedzieć, że jest to niezwykłe dzieło, które od pierwszej do ostatniej chwili trzyma w napięciu. Jestem pewna, że pana Hurwitza czeka świetlana przyszłość w świecie muzyki filmowej. Jeśli chcecie wprowadzić się w ten urokliwy nastrój filmu lub właśnie wyszliście z kina i za wszelką cenę nie chcecie wracać do prawdziwego świata, nie ma na co czekać tylko szybko włączcie soundtrack i dziękujcie Justinowi Hurwitzowi za jego geniusz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *